Na scenę, Ślepoki kochane! – Artur Dziurman
O łatce bandyty, unowocześnianiu teatru, 29-stronicowym pozwie sądowym i ciężkiej, choć niezwykle satysfakcjonującej pracy ze Ślepokami, z Arturem Dziurmanem rozmawiała Dorota Czyż.
Etatowy czarny charakter. Lubi pan tę łatkę?
Lubię.
Kiedy pracuje Pan nad rolą czarnego charakteru stara się Pan znaleźć w nim coś dobrego.
To prawda. Miesiąc temu skończyłem zdjęcia do serialu „Komisarz Alex” i pojawiłem się tam w roli strasznego bandziora, który molestuje baletnice i biega z giwerą. Przygotowując się do tej roli, dyskutowałem z reżyserem i stwierdziłem, że ta postać została napisana całkowicie negatywnie, a przecież jest to mężczyzna, który ratuje swojego syna i robi to jako ojciec. W związku z tym chciałem wyciągnąć na wierzch jego ojcowskie cechy i uczucia wobec dziecka. Staram się za każdym razem szukać drugiej strony tego złego człowieka, tak by ludzie choć przez chwilę współczuli bandycie. To „coś” zawsze chcę przemycić, to także wzbogaca moją pracę. Nasze seriale są jakie są, ale pozwalają po prostu zarobić. Kiedy dostaję rolę do zagrania, to staram się zawsze zrobić to najlepiej, jak mogę, najlepiej jak to możliwe, stąd moje dążenie do tego, żeby postać była pełnokrwista, a nie taka, jak w didaskaliach. Chcę dać coś od siebie i zawsze tak podchodzę do tego.
Grywa Pan postaci komediowe?
Już od 3 lat nie gram w teatrze, a tam przeważnie grywałem role komediowe. Sztuki takie jak „Miarka za miarkę” czy „Sen nocy letniej” były dla mnie odskocznią od grania czarnych charakterów.
Woli Pan rozśmieszać czy straszyć?
Rozśmieszać, zdecydowanie! Choć lubię też dawać ludziom dozę refleksji.
Jest magia teatru, magia kina i magia serialu. Czym one się różnią?
Praca w każdym z tych miejsc różni się od siebie. Teatr – nawet po tych 20 latach pracy – jest dla mnie świątynią i być może jestem staroświecki, ale wierzę w to, że do teatru przychodzi się elegancko ubranym, żeby przeżyć coś pięknego, wzbogacić się, mieć materiał do przemyśleń. Teatr jest baśnią, zamkniętą całością. Jeśli chodzi o seriale, jest to praca bardzo szybka, bez możliwości i czasu na kreację postaci i własny rozwój, znalezienie drugiego dna, przemycenie czegoś. Bardzo niewielu aktorów jest w stanie dobrze wykreować swoją postać w serialu, bo serial jest maszynką do powielania odcinków. Kino jest inne, tu pojawia się niechronologiczność pracy. Najważniejsze jest to, żeby dobrze i precyzyjnie zbudować postać – z reżyserem i operatorem ułożyć to w całość. Teatr jest dla mnie świętością, choć widzę i ubolewam nad tym, że teatr się zmienił i idzie w złą stronę. Teatr odszedł od tej świętości – od tego, co ja sam jako aktor i jako widz chciałbym w nim znaleźć – dobrej roli, dobrego tekstu, dobrego grania, dobrego mówienia, interpretacji pod każdym względem, nawet technicznym. Teatr poszedł w stronę nowoczesności, moim zdaniem całkiem niepotrzebnie. Uważam, że teatr powinien powracać do dobrych rzeczy – do kostiumu, do tekstu jak Szekspir, Fredro, Zabłocki, do ikon literatury teatru. Nie wszystko moim zdaniem trzeba uwspółcześniać, ludzie tęsknią za powrotem do piękna, z którego powstaje ta świętość teatru. Pamiętam, że jako nastolatek wystawałem w trzygodzinnej kolejce na Jagiellońskiej, żeby kupić bilet dla mnie i dla mojej matki chrzestnej na „Dziady” do Teatru Starego. Od paru lat moja matka chrzestna nie chodzi do teatru i pyta się mnie, dlaczego teatr poszedł w złą stronę. A warto dodać, że to właśnie ta kobieta nauczyła mnie chodzenia do teatru i sama zawsze go uwielbiała. Moi rodzice też nie chodzą do teatru, chyba, że ja sam ich zaproszę na sztukę, w której gram. Mój ojciec mówi: „Ale ja tego nie rozumiem, więc po co mam siedzieć i nudzić się 5 godzin?”.
Z drugiej strony, bilety na „Mayday” sprzedają się na pniu.
Mamy taki poziom społeczeństwa jaki mamy – lubimy chodzić na komedie i się rechotać. Ale ja uważam, ze trzeba zrobić porządnie Fredrę, skoro robimy Wyspiańskiego w łazience.
Podobno aktorzy są niesamowicie przesądni, czy to prawda?
Tak i ja sam też jestem przesądny. Jak spadnie tekst na podłogę, to się go przydeptuje przed podniesieniem. W teatrze nie można gwizdać, bo jak się gwiżdże, to później sztuka zostanie wygwizdana przez publiczność. Wierzy się także, że nie powinno się grać z trumną na scenie, bo niebawem ktoś z obsady, która pracowała przy takim spektaklu, umrze. Nie zaszywa się rozporków, i nie przyszywa guzików, bo to zaszywa talent.
Stowarzyszenie Sceny Moliere działa od 15 lat. Co się stało, że zamknęliście scenę na Szewskiej? Skapitulowałem po tym, jak miasto podniosło czynsz z 6 do 36 tys. złotych za miesiąc. Powiedziałem, że nie będę tego płacił, argumentowałem to wieloma pismami, które słałem zarówno do prezydenta, marszałka jak i wojewody – wszędzie, gdzie to możliwe. I mimo, że obiecywali swoją pomoc, to w rzeczywistości nie zrobili nic, by ocalić to miejsce, które wybudowałem w 1998 roku. Wziąłem kredyt na 2,5 miliona złotych i z piwnicy węglowej, która nie nadawała się do użytku, stworzyłem to miejsce. Kredyt spłaciłem dopiero w 2007 roku, a w 2009 mnie stamtąd wyrzucili. Stowarzyszenie działa dalej, nie mając nawet swojej siedziby. Mamy 4 sztuki w swoim ale repertuarze, które mogą jeździć, bo ostały się nam dekoracje, są nimi „Koziołek Matołek”, „Słowik”, „Ślepcy” i „Brat naszego Boga”. Wystawiamy te przedstawienia w całej Polsce – mamy już zaplanowane występy do maja 2012 roku. Miesiąc temu zrobiłem premierę „Ślepców”, która okazała się sporym sukcesem i otrzymała główną nagrodę na festiwalu w Cieplicach. Wyłamujemy się trochę, bo z moimi niepełnosprawnymi współpracują profesjonalni aktorzy – Maciek Jackowski, Magda Sokołowska, Iwona Chamielec, Marcin Kobielski czy Leszek Pniaczek. Impresaryjnie i scenicznie nie możemy działać, bo nie mamy gdzie, ale cały czas pracujemy nad nowym repertuarem i piszemy projekty na najbliższy rok.
Czy są jakieś szanse na powrót do dawnej siedziby?
Jest światełko w tunelu i być może po Nowym Roku wrócimy na Szewską. Kilka dni temu Zarząd Budynków Komunalnych zwrócił się do mnie z prośbą o ugodę. Jest to związane z tym, że razem z moim mecenasem przygotowaliśmy 29-cio stronicowy pozew do sądu, z którego w skrócie wynika, że ja wybudowałem, a mnie wykopano i że żądam zwrotu poniesionych nakładów. Napisaliśmy także, że jest to ogromna szkoda i dla twórców i dla integracji i dla osób niepełnosprawnych – w tym przypadku niewidomych. W piętnastolecie zamknęliśmy scenę. Nie rozdmuchiwałem tego, bo nie chciałem działać na szkodę wizerunku tego miasta. Poza tym wierzyłem, że ktoś w końcu uderzy w stoł i powie: „Przecież ten facet włożył w to własne pieniądze, nie dostał od miasta ani złotówki i to właśnie dzięki niemu mamy scenę, a przede wszystkim 300-metrowy wyremontowany lokal w piwnicy. Za jego pieniądze! I skoro on żąda zwrotu pieniędzy, które w to włożył, to należy się z nim jakoś dogadać, bo mamy budżet miasta na ogromnym minusie”. Taki też telefon dostałem jakiś czas temu. Zobaczymy co z tego wyniknie.
Wziął Pan pod swoje skrzydła osoby niewidome i wprowadził je na deski teatru. Jak się pracuje z takimi naturszczykami?
Ja ich nawet już nie nazywam amatorami, bo pracujemy od 8 lat. Zresztą, oni przeszli pełny okres nauczania teatralnego dzięki projektowi, który napisaliśmy dla PFRON-u. Nie nazywam ich amatorami, bo przeszli przecież bardzo intensywną i profesjonalną szkołę. Aktorzy czują się ze sobą fantastycznie, nie ma żadnych niesnasek czy kłótni. Moje – jak to nazywam – Ślepoki bardzo dużo czerpią ze współpracy z profesjonalnymi aktorami, sporo się uczą i odczuwają ogromną satysfakcję z tego, że występują przed 400-osobową publicznością. Przedstawienia takie jak choćby multimedialny „Koziołek Matołek” to ogromny sukces, cieszą się wielką popularnością i dzieci łakną tego – całej tej interakcji między publicznością a aktorami, kiedy ślepy schodzi ze sceny, podchodzi do osoby na widowni i mówi do niej „Daj mi na piwo”. I ona mu daje!
Nie wierzę, że ta praca ma same blaski…
Praca z nimi jest ogromną orką na ugorze. Trzeba być niezwykle skupionym przez całe 4-5 godzin próby. Zawsze daję z siebie wszystko i jestem totalnie wykończony po każdej próbie. Trzeba ułożyć wszystko – powiedzieć o interpretacji, ustawić im głos, odpowiednio ułożyć im rączki, ustawić kierunek spojrzenia, bo przecież jest to osoba niewidoma! To jest cała, precyzyjnie nastawiana przeze mnie maszynka zegarka szwajcarskiego, wszystkie elementy muszą być dopracowane. W zwykłym teatrze reżyser nie musi wkładać aż takiego wysiłku. Porównuję to do mojej pierwszej pracy, kiedy pojechałem na Zachód w 2 klasie liceum i zbierałem we Francji pomidory pod skarpą, przy 50 stopniach Celsjusza. I tak dzień w dzień przez cały miesiąc lał się ze mnie pot. To był koszmar. Więc czasem kiedy idę do pracy myślę sobie: „Znowu ta skarpa, 50 stopni i znowu te pomidory pod Lyonem”.
Występowanie w różnych miejscach wymaga od niewidomych aktorów pewnego przygotowania. Przecież każda scena jest inna.
Tak, każdej z nich muszą się nauczyć, ale zasada jest taka sama: oni przyjeżdżają, każdego się wprowadza do garderoby, pokazuje jego kostium i jego krzesło, później oni zbierają się, łapią za rączki, idą na scenę i macają. Sprawdzają gdzie jest dekoracja, jaka duża jest scena, gdzie są jakieś przeszkody. Dwa razy schodzą z widowni i wchodzą na nią, bo czasem schody są po środku, czasem po bokach. Liczą sobie kroczki, robimy próbę sytuacyjną, a później już próbę normalną. W końcu mówię im: „Na scenę, Ślepoki!” i po prostu występują.
Jako reżyser jest Pan dobrym czy złym policjantem?
Złym.
Krzyczy Pan?
Bardzo.
Słucham, ile Pan wkłada w to wszystko pracy i wysiłku. Pan chyba nie lubi wypoczywać?
Lubię czytać (śmiech). Kiedyś byłem z moją byłą żoną na wczasach i zaproponowała mi, żebym łowił ryby. Dała mi wędkę, ale wytrzymałem raptem 5 minut. Rzuciłem to wszystko w cholerę i poszedłem na spacer. Trzeba anielskiej cierpliwości, żeby tak siedzieć i myśleć, czy ryba weźmie.
Pan musi być w ciągłym ruchu?
Jestem ciągle od 25 lat. Nie wyobrażam sobie, że tej pracy by nie było. Kiedy po 15 latach definitywnie zakończyliśmy działalność na Szewskiej, miałem takie myśli, że nie wybuduję już takiego miejsca, że nie starczy mi sił na to. A kiedy nagle otworzył się worek z propozycjami wyjazdów i zobaczyłem ogrom ludzi, którzy nagradzają nas owacjami na stojąco za przedstawienie i zobaczyłem łzy w oczach moich Ślepoków, to pomyślałem sobie, że nie wiem co musiałoby we mnie pęknąć, żebym ich zostawił. Nie mam teraz knajpy, która mogłaby wspierać finansowo stowarzyszenie, więc oni sami chodzą na szkolenia, żeby pozyskiwać fundusze na kolejne projekty. Przychodzą do mnie i jak pytają co teraz będzie, to im mówię „Bajka, bo mam dość tych trudnych rzeczy, więc będzie Kot w Butach”.
Będzie?
Tak. Zrobię go dokładnie tak, jak go zapamiętałem z dzieciństwa. Będzie Kot w Butach w kostiumach.
Oprócz tych wszystkich rzeczy, daje Pan także głos, czyli dubbinguje bajki, filmy i gry komputerowe.
Tak, choć robię to sporadycznie. Przy sadze „Harry’ego Pottera” dubbingowałem Lucjusza Malfoya. To był zwykły casting na głos – wysłano próbki do Stanów Zjednoczonych i tam dokonywano wyboru. Po jakimś czasie dostałem telefon i dowiedziałem się, że będę grał Lucjusza Malfoya w Polskiej wersji. Dlatego mówię, że mój głos wygrał w Warner Bros (śmiech).
Ostatnie pytanie: czy robi Pan postanowienia noworoczne?
Chciałem teraz postanowić sobie, że przestanę palić papierosy, ale chyba zrezygnuję z tego pomysłu (śmiech). Nie jestem zwolennikiem postanowień noworocznych, a święta nie są dla mnie jakimś szczególnym okresem – jest to czas, który służy temu, żeby zaplanować kilka tygodni pracy do przodu. Myślę raczej o tym, że w pierwszy weekend jedziemy do Gorzowa Wielkopolskiego i martwię się, że będzie śnieg i myślę o tym, żeby ze Ślepokami dobrze wypaść.





